Krok drugi w cyklu Sapkowskiego – “Czas Pogardy”.

„Źle czy dobrze, okaże się później. Ale trzeba działać, śmiało chwytać życie za grzywę. Wierz mi, malutka, żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się.” Dzieje się wiele, podejmowanych jest masa decyzji, realizowanych jest wiele planów i zamierzeń (niektóre o zasięgu lokalnym, a inne wręcz globalnym). W jaki sposób postąpią bohaterowie? Czy będą potrafili odnaleźć się w zaistniałych sytuacjach?

Wiedźmin niestrudzenie podąża tropem człowieka ścigającego Ciri. W poszukiwaniach mają mu pomóc informacje od prywatnego detektywa trudniącego się najczarniejszą robotą. Swoją drogą bardzo ciekawa persona i dobrze kalkulujący biznesmen, niestety w dość niebezpiecznej branży przyszło mu działać. W tym samym czasie Ciri podąża wraz ze swą opiekunką na wyspę Thanedd, gdzie czarodziejka ma wziąć udział w zjeździe magów.

Zjazd rozpoczyna się nieco próżnym, a z pewnością widowiskowym, oficjalnym bankietem, na którym Geralt towarzyszy Yennefer (gdzie czuje się jedyny w swoim rodzaju, czyli nie na miejscu). Późniejsze spotkanie kapituły czarodziejów miało rozstrzygnąć w jaki sposób osoby władające magią powinny uczestniczyć w bieżących wydarzeniach między Nilfgaardem, a pozostałymi królestwami. Jednak wypadki potoczyły się zgoła inaczej. W wyniku pewnej różnicy zdań i podjętych działań, doszło do walki pomiędzy zgromadzonymi w Garstangu czarodziejami. Do walki włączyło się również kilka innych osób (zgadnijcie, bądź sami sprawdźcie kto). Finałem tych wydarzeń jest zaginięcie Yennefer, teleportacja Ciri do bliżej nieznanego jej miejsca przez Wieżę Mewy oraz solidnie okaleczony Geralt. Okazuje się, że to nie jedyne walki i działania wojenne do jakich doszło. Świat staje w płomieniach.

W „Czas Pogardy” przeszłam bardzo płynnie po „Krwi elfów”. Muszę stwierdzić, że praktycznie nie odczułam konieczności sięgnięcia po nowy tom. Historia harmonijnie podąża dalej. Dałam się porwać znamienitej opowieści Pana Sapkowskiego. Książka pod względem obrazowości języka, stosowanej składni i wykorzystywanych połączeń słów – nie ustępuje swoim poprzedniczkom. Znajdziemy tutaj równie wiele „smaczków” językowych, które decydują o swoistym charakterze powieści. Wśród nich mogę wymienić, np.: „w powietrzu natychmiast zapachniało wściekłą wrogością”; „nie wiadomo, płakać, śmiać się czy w rzyć cię kopnąć; „Błogosławieni ci, którzy nie wiedzą. Albowiem dłużej pożyją.”. Zdaję sobie sprawę, że takie wycięte z kontekstu zdania nie w pełni oddają specyfikę całego opisywanego zdarzenia, ale one najbardziej utkwiły mi w pamięci.

Czy Wam również utkwiły w pamięci stwierdzenia, połączenia językowe, które nie chcą wyjść z głowy? Jeśli tak, dajcie znać które wam nie dają o sobie zapomnieć.

slademksiazek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Post comment