Historia znad Tamizy, czyli „Była sobie rzeka” Diane Setterfield.

Niezwykle szeroko komentowana, ale także pozytywnie oceniana książka Diane Setterfield pociągała mnie już od jakiegoś czasu. Dodatkowym jej atutem jest przepiękna, tłoczona i niezwykle intensywnie przyciągająca oko okładka. W związku z tym, gdy tylko fundusze oraz przyjemna dla portfela promocja pozwoliły, stałam się dumną posiadaczką książki „Była sobie rzeka”.  

Diane Setterfield jest brytyjską pisarką, która podczas studiów na Uniwersytecie Bristolskim zgłębiała literaturę francuską. Na pewien czas związała się ze środowiskiem akademickim wykładając język angielski we Francji, a język francuski w Wielkiej Brytanii. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku oddała się całkowicie twórczości pisarskiej. Jej debiutancka książka „Trzynasta opowieść” została bardzo pozytywnie odebrana i szybko stała się bestselerem, jak również doczekała się adaptacji w postaci serialu telewizyjnego. Recenzenci sukces książki przypisywali niebagatelnemu stylowi autorki, który umiejętnie kreuje nastrój tajemniczości oraz grozy. Powieść nazwano nawet „listem miłosnym do sztuki czytania”. (Książka jest kolejną pozycją na mojej liście „książek do przeczytania”). Sama o sobie mówi, że jest „w pierwszej kolejności czytelniczką, a dopiero potem pisarką. 

„Była sobie rzeka” to wydana w styczniu 2019 roku, trzecia z kolei książka tej autorki. Pod niejednoznacznym tytułem kryje się równie nieprzenikniona, wielowymiarowa, przesycona folklorem, mitem oraz nauką historia. Można stwierdzić, że podobnie jak rzeka odkrywa za każdym zakrętem nowe krajobrazy, tak autorka z każdą kolejną stroną prezentuje inne, odmienne oblicze tej historii.  

Życie toczące się w miejscowościach leżących w okolicach Tamizy jest raczej powolne i nieco monotonne. W trakcie dnia mieszkańcy dorzecza poświęcają się pracy i obowiązkom, zaś wieczorami gromadzą się w gospodach, aby odpocząć i snuć swoje opowieści, które często zawierają ziarno prawdy. Jednak, wieczór tej najdłuższej zimowej nocy miał się okazać zupełnie inny niż zwykle. W trakcie snucia opowieści przez jednego ze stałych bywalców, w progu gospody staje ciężko ranny mężczyzna z martwą, wyłowioną z rzeki dziewczynką w ramionach. Podczas opatrywania ran przybysza nie zwracano większej uwagi na dziecko. Kiedy sytuacja mężczyzny się stabilizuje, okazuje się, że dziewczynka oddycha. Fakt ten zadziwia wszystkich zgromadzonych, powodując nagromadzenie pytań, które niestety nie znajdują odpowiedzi, gdyż dziecko jest nieme. Z tego powodu mieszkańcy dorzecza prześcigają się w wymyślaniu hipotez związanych z zagadkowym pojawieniem się dziewczynki. Kilka dni później aż trzy rodziny wyrażają chęć zabrania dziewczynki i zaopiekowania się nią. Zamożna młoda kobieta wierzy, iż dziewczynka jest jej zaginioną przed dwoma laty córką. Rodzina farmerów, którzy odkryli niepochlebną prawdę o swoim najstarszym synu, szykuje się na przyjęcie wnuczki. Zaś, niezwykle skryta i skromna gospodyni proboszcza dostrzega w dziecku swoją młodszą siostrę. Każda z tych osób ma swoją wyjątkową opowieść, której granice między fantazją a rzeczywistością są jak nieujarzmione wody rzeki. Co łączy historie wszystkich bohaterów i w którym miejscu się przecinają? 

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak nietypowej, pełnej zagadek i tajemniczości powieści. “Była sobie rzeka” urzekła mnie swą niejednoznacznością oraz niebanalnym połączeniem różnych wątków. Choć z kart książki w wielu miejscach przebija powolność, a wręcz flegmatyczność w nawiązaniu akcji oraz pewna zawiłość intrygi łączącej wyobraźnię z autentycznością, w żaden sposób nie odbiera to moim zdaniem przyjemności z lektury. Uważam, iż warto poznać książkę samodzielnie. 

slademksiazek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Post comment